Felietony
Moje wspominki cz.1 – Widzew u siebie
Pomysł na cykl wspomnień chodził mi już po głowie od kilku rund, zawsze jednak brakowało czasu, aby go rozpocząć. Tym razem – z okazji rozpoczynającego się sezonu – postaram się trochę powspominać dawne i nieco mniej dawne czasy związane z moją obecnością na meczach GieKSy. Teksty będą związane z rywalizacją z drużyną, z którą GieKSa ma właśnie zagrać na stadionie, na którym mecz będzie rozgrywany. Na początek więc kilka „retrospekcji” z meczów z Widzewem u siebie.
Liga za puchar
To był mój pierwszy mecz z Widzewem, ale chyba najbardziej dramatyczny. Rok 1997. Kilkanaście dni wcześniej katowiczanie ograli piłkarzy Franciszka Smudy 2:0 w półfinale Pucharu Polski. Roiło się od komentarzy, które nakazywałyby oddać łodzianom punkty w lidze. Widzew z Legią wówczas zdominowały kompletnie polską ligę i między sobą walczyły o mistrzostwo, wygrana w Pucharze Polski była więc olbrzymim sukcesem katowiczan.
I już w piątej minucie przecierałem oczy ze zdumienia, gdy po lekkim strzale Majaka piłka pół godziny leciała do bramki, a Mariusz Luncik stał niemal, że podpierając się rękami pod boki i czekał tylko, jak piłka przekroczy linię bramkową. Bramka kuriozalna, niebywała i świadcząca, że mecz jest ustawiony. Tak to wówczas wyglądało. Ze zdumieniem więc oglądałem, jak na sam koniec pierwszej połowy Sławek Wojciechowski prawą (!) nogą pięknym strzałem doprowadza do wyrównania. Wszystko wróciło jednak do normy, gdy w 46. i 47. minucie rywale strzelili dwa gole, przy czym bramka Wyciszkiewicza była dziwna w tym względzie, że piłka przeleciała przez dziurę w siatce i z perspektywy Blaszoka wyglądało to tak, jakby strzał był niecelny, a sędzia nie uznał bramki. Nerwom nie było końca. Zrobiło się gorąco na Blaszoku, część kibiców zaczęła głośno wyrażać co myśli o postawie zespołu, a głównie Adama Ledwonia, o którym mówiło się już dużo wcześniej w kontekście zainteresowania Widzewa jego osobą. Kibice dawali do zrozumienia, że Ledek powinien tam odejść… Inna część kibiców nie zgadzała się z tymi opiniami i tak mieliśmy jeden z mniej chlubnych epizodów z historii kibicowskiej GieKSy. Tymczasem Ledek szybko… strzelił gola, a po kilkunastu minutach wyrównał Wojciechowski. Zawodnicy GieKSy odgryźli się kibicom na Blaszoku i również zademonstrowali, co myślą o wcześniejszych przyśpiewkach. Ja sam natomiast znów nie mogłem uwierzyć, że jest remis 3:3 i myślałem sobie – a może jednak, a może wygrają, może będzie czysto. Inna myśl była taka, że skoro ustawiają to i tak robią to nieźle i starają się odrzucić podejrzenia (co innego jakieś problematyczne karne i samobóje w 90. minucie). Niedługo jednak Majak strzelił drugiego swojego gola i ostatecznie Widzew wygrał w Katowicach.
Dokładnie dwa tygodnie później łodzianie rozegrali spektakularny mecz na Łazienkowskiej (słynne 3:2). A GieKSa? Poprzegrywała prawie wszystko do końca sezonu, straciła trzecie miejsce premiowane awansem do Pucharu UEFA, przegrała finał Pucharu Polski. Dwa ostatnie mecze z Legią również miały być ułożony, ale nie były. Legia wygrała i ostatnią ligową kolejkę (grała już o pietruszkę) i finał pucharu. Wielki niedosyt w Katowicach po tym sezonie pozostał…
Litewski snajper i norweskie tyczki
W pierwszym sezonie po awansie do ekstraklasy, czyli w rozgrywkach 2000/01 GieKSie wiodło się kiepsko. Do 10. kolejki nasz zespół pozostawał bez wygranej. Wtedy na Bukową przyjechała Legia i przegrała 0:1. GKS zaczął grać lepiej i kolejne dwa mecze na Bukowej również były ze zdobyczą punktową. Najpierw 3:0 wygrana z Ruchem Radzionków, a potem przyjechał Widzew.
W GieKSie od pierwszej minuty grał Grażvydas Mikulenas, a po przeciwnej stronie jego rodak Robertas Poskus. Ja jednak zapamiętałem ten mecz ze względu na dwóch… Norwegów w Widzewie, którzy dosłownie na chwile pojawili się w ekstraklasie. Niejacy Evensen i Karlsen zaliczyli odpowiednio 3 i 4 mecze w Polsce. I w ich karierach były to jedyne mecze rozegrane w barwach innego klubu niż norweski. Evensen i Karlsen – obudzony w środku nocy wymienię te dwa nazwiska beż zająknięcia 😉
Mikulenas szybko strzelił bramkę dla GKS, wyrównał Mirek Szymkowiak z rzutu wolnego. To miało być dośrodkowanie, ale nikt nie przeciął i wyszedł gol. To był przedostatni mecz Szymka dla Widzewa, bo po rundzie przeszedł do Wisły Kraków, gdzie zrobił jeszcze większe postępy. Daj nam Boże dzisiaj takich pomocników w reprezentacji jak Szymkowiak… Potem jednak drugiego gola dla GKS zdobył Marcin Bojarski, a trzeciego znowu Miki. Mam przed oczami tego gola – obrońcy Widzewa (być może Evensen lub Karlsen) stoją w polu karnym i jest tam też w pobliżu któregoś z nich piłka. Nic nie robią jednak – tylko stoją. Mikulenas wbiega po prostu jak w masło przechwytuje piłkę, mija tyczki slalomowe i strzela gola. Masakra. Po takim golu prawdopodobnie obrońcy nie mieli życia. Chodzi mi po głowie, że najbliżej piłki wówczas był Przemysław Urbaniak, ale nie jestem tego pewien. Bardzo żałowałem, że Mikulenas w końcówce nie wykorzystał rzutu karnego, bo hat-tricki w GieKSie w tym okresie to była absolutna rzadkość. Ale wygrana stała się faktem.
Klops Piotra Lecha w cieniu World Trade Center
11.09.2001. Ta data mówi wszystko. W ten dzień GKS grał zaległy mecz z Widzewem. To były mimo wszystko jeszcze jakieś tam początki internetu (a ściślej, nie wszyscy jeszcze wtedy mieli stałe łącza, łączyło się czasowo przez modem). Komórki jednak już były używane i też… to były raczej ich początki. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze, to był wtorek, pamiętam, że ostatnią lekcją był WF, na którym graliśmy w siatkę. Pamiętam, jak poszedłem posilić się za ostatnie grosze (oprócz kasy na bilet) do KFC. Dostałem SMS-a, że „coś się dzieje w Stanach”, że „płonie Pentagon”, ale szczegółów nie znałem i w błogiej nieświadomości żyłem aż do powrotu do domu.
Sam mecz z Widzewem był nudny jak flaki z olejem. GKS Miał zmazać plamę z fatalnego 1:5 z Wisłą cztery dni wcześniej (pamiętne 5 bramek Żurawskiego, to tak apropo’s wspomnianych hat-tricków). Niestety mecz był słaby, a na domiar złego Sławomir Suchomski pokonał w końcówce Piotra Lecha. Nie wiem czy telewizje zarejestrowały tego gola, ale nie miałem okazji tego w TV później zobaczyć. Pamiętam tylko, że to był jakiś potężny klops Lecha, który chyba coś a la wrzucił sobie piłkę do bramki. Plama nie została więc zmazana, GKS przegrał, a ja po powrocie dowiedziałem się szczegółów o USA. Powiedziałem moim rodzicom, że „słyszałem tylko, że Pentagon się pali”…
Cudownie w Jaworznie – załamany Janas
Jeden najlepszych meczów ostatnich lat. Do Jaworzna, gdzie GKS grał jako gospodarz, przyjechał Widzew, który miał przypieczętować awans do ekstraklasy. I szybko objął prowadzenie po samobójczym golu… Mateusza Kamińskiego (to był pierwszy samobój Kamyka dla GKS). Do przerwy było 0:1, w przerwie komentator TVP Marcin Zawacki dał mi na osłodę gorzkiej czekolady…). Po przerwie mieliśmy jednak koncert – wyrównał Grzegorz Goncerz, potem strzelił Tomasz Hołota i w końcu sytuację sam na sam wykorzystał Krzysztof Kaliciak. Stadion przy Krakowskiej eksplodował, spiker Lyjo szalał, a Paweł Janas (trener Widzewa) chwytał się za głowę. W końcówce jeszcze Marcin Robak strzelił gola z karnego i był dramat do końca, bo jeszcze Matusiak trafił w poprzeczkę. GKS wygrał jednak 3:2 i przybliżyło to nas do upragnionego utrzymania. Kibice długo świętowali z piłkarzami tę wygraną, a Widzew… i tak wkrótce awansował do ekstraklasy.
To był czas, gdzie miałem pewne problemy zdrowotne i mocno się zmusiłem, aby pojechać do Jaworzna na ten mecz. Nie żałowałem. Żałowałbym, gdybym tam nie pojechał. Piłkarze Nawałki dali wtedy prawdziwe chwile radości.
Widzew przy Bukowej
Było jeszcze kilka innych meczów przy Bukowej z Widzewem, na których byłem. Remis 1:1, gdy Adamus strzelił gola, a potem jego… kolega z drużyny wyrównał samobójczym strzałem (Artur Szymczyk). Była druga kolejka sezonu 2002/03 i wygrana 1:0 po golu Muszalika – ta wygrana rozpoczęła bardzo dobry sezon GKS, który zaowocował (nie tylko na boisku) awansem do pucharów. Pamiętamy, że w tym meczu sporo działo się także na trybunach (w sensie wędrówki ludów z trybun na boisko 😉
Był też mecz rundy wiosennej sezonu 2003/04 u siebie wygrany 2:0. Jest pewna analogia z wiosną poprzedniego sezonu. Wygrana z łodzianami była bowiem jedynym (!) zwycięstwem GKS w całej rundzie. I co ciekawe, wystarczyło to do utrzymania, choć zespół walczył o to do przedostatniej kolejki. Gole Brożka i Admira Adżema (śliskie rękawice przereklamowanego Norberta Tyrajskiego) dały rehabilitację po porażce 0:6 w Grodzisku, gdzie GKS – według Pawła Pęczaka – zagrał jak „pizdy” 😉 (oj brakuje takich walczaków!).
Ostatni mecz przy Bukowej z Widzewem odbył się w ramach rekordu świata Roberta Moskala czyli sześciu porażek z rzędu do zera. To był dokładnie pierwszy z tej paskudnej serii, toczony w deszczu, pojedynek. Potem było już tylko gorzej, aż trener Moskal (nie mylić z Kazimierzem) doznał postradania zmysłów i w Kluczborku w napadzie wystawił Adriana Napierałę.
Jak będzie w sobotę?
Nie musi być tak dramatycznie, jak we wspomnianych 3:4 czy 3:2. Niech będzie pewne spokojne zwycięstwo. Widzew to już nie jest ten Widzew z ekstraklasy – ani za dobrych czasów, ani za czasów Evensena i Karlsena. Nie jest to nawet prawdopodobnie Widzew z meczu w Jaworznie. Przeciętna kadra, spadkowicz z ekstraklasy raczej ciężko będzie miał wrócić do elity. Ale GKS też jest po przebudowie, więc mecz będzie niewiadomą. Za to z chęcią obejrzę takie bramki, jakie strzelali Ledek i Wojciechowski w tym… szemranym meczu z 1997 roku.
Shellu
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Piłka nożna Wywiady
Kowalczyk: Spodziewaliśmy się, że Raków coś zmieni
Zapraszamy do wywiadu ze strzelcem bramki na 3:1 dla oraz młodzieżowym reprezentantem Polski Mateuszem Kowalczykiem.
Pewne zwycięstwo GieKSy w Częstochowie. Wróciłeś też do zespołu po przerwie reprezentacyjnej. Jak się czułeś na boisku i jak gra ci się w masce?
Mateusz Kowalczyk: Przede wszystkim cieszy wreszcie zwycięstwo na wyjeździe, i to dosyć przekonujące. Może poza tymi pięcioma–dziesięcioma minutami pod koniec pierwszej połowy, ale poza tym było naprawdę okazale. Realizowaliśmy to, co sobie założyliśmy, więc to na pewno cieszy.
Jeśli chodzi o maskę, to myślę, że po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłem. Na początku był lekki dyskomfort, ale jeśli mam strzelać gole, to mogę w tej masce zostać już do końca. Zobaczymy.
Wspomniałeś o przekonującym zwycięstwie. Opowiedz o realizacji planu na dzisiejszy mecz.
Myślę, że w Rakowie zaszły spore zmiany i chcieliśmy to wykorzystać. To jeszcze nie jest ten Raków, który oglądaliśmy wcześniej. Dużo się tam zmienia, więc staraliśmy się znaleźć na to sposób. Z boiska wydawało mi się, że chcieliśmy wykorzystywać przestrzenie w środku, a następnie przenosić grę na boki. To nam się udawało. Szkoda, że straciliśmy bramkę na 1:1, bo Raków po zdobyciu gola trochę nas przycisnął. Jednak szybka bramka w drugiej połowie pozwoliła nam ponownie kontrolować mecz i ostatecznie doprowadziła do zwycięstwa. To bardzo cieszy.
To pokazuje, że zespół wykonał dobrą pracę podczas tych trzech tygodni. Ciebie nie było, bo przebywałeś na zgrupowaniu reprezentacji, ale szybko wkomponowałeś się w drużynę. Widać, że jako kolektyw zmierzacie w dobrym kierunku?
Dokładnie. Widać, że dobrze przepracowaliśmy ten okres. Sam oglądałem na YouTubie sparing i widziałem, jak to wszystko wyglądało, więc cieszę się, że idziemy w tym kierunku. Mam nadzieję, że złapiemy stabilność, szczególnie na wyjazdach, i zaczniemy zdobywać coraz więcej punktów, żeby zapewnić sobie spokój w trakcie sezonu i utrzymać GieKSę w Ekstraklasie.
Chciałbym też zapytać o czas spędzony z reprezentacją. Był bardzo dobry mecz ze Szwecją na Arenie Katowice. Nie chcemy skupiać się na spotkaniu z Włochami, ale ostatecznie awansowaliśmy na Mistrzostwa Europy. Jak wspominasz ten okres i jak czułeś się w reprezentacji?
Nie ukrywam, że każde zgrupowanie daje mi bardzo dużo. Jako piłkarz muszę chłonąć wiedzę od trenerów. Z kolegami również dobrze się dogadujemy i mamy bardzo rodzinną atmosferę. Jeśli chodzi o mecz ze Szwecją, to było fajnie. Wydaje mi się, że mieliśmy go pod pełną kontrolą i udało się wygrać w dobrym stylu. Włochy natomiast pokazały nam trochę futbolu i dały nam lekcję. Mimo że nie wszystko poszło tak, jak zakładaliśmy, ostatecznie cieszy awans. Być może ta porażka była nam potrzebna, żeby w przyszłości, już podczas Mistrzostw Europy i meczów z kolejnymi rywalami, pamiętać o tej lekcji i wyciągnąć wnioski. Sam awans bardzo cieszy. Myślę, że większość chłopaków, a pewnie każdy, oglądała ten mecz. Nawet po awansie dzwoniliśmy do siebie i rozmawialiśmy. Bardzo się cieszę, że udało się bezpośrednio awansować na Euro.
W poniedziałek wieczorem gracie kolejny mecz. Po takim zwycięstwie energii i pozytywnego nastawienia chyba wam nie zabraknie?
Dokładnie. Specyfika terminarza jest taka, że gramy mecze w krótkich odstępach, więc czasu na regenerację jest niewiele. Myślę, że to zwycięstwo dało nam kolejny powód, żeby w dobrych humorach i z odpowiednim nastawieniem przystąpić do poniedziałkowego spotkania. Musimy jak najszybciej się zregenerować i przygotować do meczu. Gramy u siebie i liczymy na wsparcie kibiców, bo na pewno będzie nam potrzebne, żeby zdobyć trzy punkty.
Byliście zaskoczeni łatwością, z jaką przedzieraliście się w pole karne Rakowa Częstochowa? W poprzednich sezonach Raków słynął z żelaznej defensywy, a dzisiaj wyglądała ona na bardzo nieszczelną.
Nie ukrywam, że spodziewaliśmy się , że w Rakowie pojawi się sporo nowych rozwiązań. Tak jak mówiłem wcześniej, ten zespół przechodzi pewnego rodzaju przebudowę. Znajduje się chyba w jednym z trudniejszych momentów w Ekstraklasie od X lat, więc na pewno nie jest to dla niego łatwa sytuacja. Chcieliśmy to wykorzystać. Wydaje mi się, że realizacja naszego planu przebiegała zgodnie z założeniami. Rywale nie do końca wiedzieli, jak poruszać się w tej czwórce obrońców, a nasze wejścia w wolne przestrzenie i częste zmiany stron sprawiały im spore problemy. Po strzelonej bramce Raków mocno nas jednak wypchnął. Popełniliśmy kilka prostych błędów i był to trudniejszy moment spotkania. W drugiej połowie mieliśmy już mecz pod kontrolą. Oby jak najwięcej takich połów.
W gruncie rzeczy Raków stworzył sobie tylko jedną sytuację, tę Oskara Repki w samej końcówce drugiej połowy. To było bronienie wyniku po profesorsku.
Też mi się tak wydaje. Wcześniej było kilka sytuacji, w których mogliśmy zachować się lepiej, ale nie da się w stu procentach wyeliminować zagrożenia. W Rakowie również grają bardzo jakościowi piłkarze i jest to dobra drużyna. Cieszę się, że udało się wygrać ten mecz bez większych nerwów. Potrzebowaliśmy przekonującego zwycięstwa na wyjeździe, bo wcześniej mieliśmy z tym ogromne problemy. W końcu udało się to zrobić, więc po przerwie reprezentacyjnej możemy z pozytywną energią kontynuować dobrą grę w Ekstraklasie.
Wróciłeś do zespołu, w którym większość zawodników nie była powołana do reprezentacji. Czułeś po powrocie to, że jednak nie spędziłeś w klubie tych kilku tygodni?
Nie, kompletnie. Spędziłem w GieKSie już tyle czasu, że dobrze znam ten system i nie sprawiło mi to większego problemu. Cieszę się, bo widać, że chłopaki bardzo mocno przepracowali ten okres. Taktycznie nie zmienialiśmy zbyt wiele, więc wystarczyło potrenować raz czy dwa i można było wrócić do pełnych obrotów na mecz.
Na koniec potrzebuję pomocy multimedialnej. Czy planujesz po sezonie zmianę numeru?
Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie. Śmiechy śmiechami, ale w życiu.

tom
2 sierpnia 2014 at 06:58
Pamiętam dokładnie ten mecz- ustawiony z widzewem, też darłem ryja puchar za ligę !
Potem jeszcze któryś z naszych piłkarzy dostał z liścia od kibiców,za tą postawę, ale nie warto dziś rzucać nazwiskami 😉